:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?

Gruzja 2014 - wyprawa offroad

Gruzja 2014 - wyprawa offroad


Pomysł, który wpadł nam do głowy podczas ostatniego sylwestra właśnie wchodzi w etap realizacji.
W środę 30 lipca 2014r o godzinie 18:00 ruszamy, aby zobaczyć Kazbek przy wschodzie słońca, zasmakować lokalnych gruzińskich smakołyków i poznać kolejnych ciekawych ludzi.
Zapakowani tradycyjnie po dach, sprawdzamy jeszcze raz czy mamy kasę, dokumenty, dzieci i ruszamy.

Pięć minut po starcie zaczyna padać.
Burze i błyskawice towarzyszą nam, aż do Turcji.
Do granicy turecko – gruzińskiej docieramy w niedzielę wieczorem.
Po około 1,5h przepychania się w korku jesteśmy po stronie gruzińskiej i rozbijamy się na plaży. Pierwsza noc w Gruzji.

Rano jedziemy zobaczyć Batumi. Wiedziałem, że Gruzini ostro jeżdżą, ale nie spodziewałem się, aż takiego chaosu. Wszyscy jeżdżą bardzo szybko, wyprzedzają wszędzie, na trzeciego, na czwartego. Nikt nie zwraca większej uwagi na przepisy, znaki, światła. Wszędzie słychać jedno wielkie trąbienie. Jak ktoś chce wyprzedzać to trąbi, jak chce skręcić to trąbi, jak ktoś się wpycha to trąbi, jak chce kogoś pozdrowić, a jakże również trąbi itd. Trochę to trwało zanim się do tego człowiek przyzwyczaił. Zaparkowaliśmy w centrum Batumi, wymieniliśmy kasę, przeszliśmy się promenadą, zjedliśmy co nieco w restauracji i pojechaliśmy dalej w poszukiwaniu nowego miejsca na nocleg. Samo Batumi nie zrobiło na nas większego wrażenia.

Na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu z domkami. Wynajęliśmy ostatni wolny domek dla dzieciaków, a sami dzięki właścicielowi mogliśmy rozbić się obok. Wieczorem był też czas na spróbowanie lokalnych smakołyków w fajnej klimatycznej knajpce na terenie campingu.
Wszystko się poukładało, ale aby nie było zbyt dobrze znowu burza nas dopada. Po małym relaksie czas ruszać w góry. Po śniadaniu obieramy kierunek na przełęcz Goderdzi. Jedziemy asfaltową drogą, która dość szybko się nam znudziła. Postanawiamy z niej zboczyć i na przełęcz dotrzeć drogą alternatywną. 

Po zjeździe z asfaltu od razu natknęliśmy się na jakąś knajpkę nad rzeką – postanowiliśmy się zatrzymać na kawę. Lokal był zupełnie pusty i wyglądał na nieczynny. Bardzo sympatyczny właściciel gdy nas zobaczył był w ciężkim szoku, ale ugościł po królewsku, kawą i winem domowej roboty, które pod wiatą nad rzeką smakowały wyśmienicie. Wysłuchaliśmy również opowieści o wizytach w tym miejscu byłego prezydenta Saakaszwilego wraz z małżonką.

Czas jechać dalej. Droga zaczyna piąć się w górę, robi się z kilometra na kilometr coraz bardziej ambitna. W pewnym momencie po raz pierwszy w życiu zapala się w naszej Toyocie kontrolka przegrzania automatycznej skrzyni biegów. Skrzyni zrobiło się za gorąco mnie zaś oblał zimny pot, ale widoki dookoła wszystko wynagradzają. Chwila postoju i wszystko wraca do normy. Po drodze mijamy kilku mężczyzn ładujących osobową ładę na ciężarówkę w kaskaderskim stylu. Zabieramy autostopowiczów i docieramy do wioski pasterskiej niedaleko przełęczy. Wioska to kilkanaście pasterskich domków rozsianych po połoninie, które świetnie wkomponowały się w krajobraz. W podziękowaniu za podwiezienie miejscowi częstują nas kawą i zapraszają w gościnę. Pogoda znowu się psuje. Zaczyna padać, chmury schodzą naprawdę nisko i robi się ciemno – dziękujemy za kawę i jedziemy dalej.
Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na przełęczy i ruszamy w dół.

Późnym wieczorem docieramy do Vardzi i rozbijamy obozowisko nad rzeką pod skalnym miastem. Przestało padać więc w spokoju mogliśmy podziwiać częściowo podświetlone monastyry górujące nad naszymi namiotami.
Rano budzi nas dźwięk dzwonów z monastyru. Wstajemy uradowani, że wreszcie świeci słońce i nie ma chmur i idziemy zwiedzić skalne miasto. Następnie ruszamy w dalszą drogę, ponownie ostro do góry.
Docieramy na płaskowyż do miejscowości Apnia. Sama wioska jest trochę przygnębiająca – taki nasz zdewastowany PGR. Wszystkie domy takie same, duża ich część stoi opuszczona. Zwiedzamy miejscowy kościółek, robimy zdjęcie przy wagonie restauracyjnym zastanawiając się skąd on się tu wziął i jedziemy dalej podziwiając widoki. Tradycyjnie robi się ciemno, a my jeszcze mamy spory kawałek do celu na dziś – czyli Udabno. Wioska jest na stepie niedaleko granicy z Azerbejdżanem i mieści się w niej specyficzna knajpa prowadzona przez Polaków. Docieramy do niej późnym wieczorem klucząc trochę po okolicznych bezdrożach, mając nadzieję na coś do jedzenia i zimne piwo. Ksawery – właściciel knajpy staje na wysokości zadania i po chwili jemy pyszne dania, pijemy zimne piwo i mamy rozbite namioty. Tym razem nie pada, ale za to wieje.

Po rozbiciu namiotów zerkam na niebo – jestem w szoku, tylu gwiazd jeszcze nie widziałem.
Siedzimy do późnej nocy razem z Ksawerym i Lidką, która prowadzi hostel w Tbilisi. Rozmawiając i popijając specjalność zakładu – czaczaczellę. Okiennice monotonnie stukają poruszane wiatrem, a czas szybko płynie. Po drugiej idziemy spać.
Rano jemy pyszne śniadanie, jajko z płynnym żółtkiem na sosie pomidorowym ze szczyptą świeżej mięty, sery, chlebek, mmmmmmmm……. ciągle pamiętam ten smak. Po śniadanku z trudem w porywistym wietrze hulającym po stepie złożyliśmy namioty i w drogę. Dziś w planach między innymi monastyr Davida Goreji – do którego oczywiście nie omieszkaliśmy dotrzeć dosyć ambitną drogą z dala od głównego szlaku. Normalnie, główną drogą można tam dotrzeć z Udabno w jakieś 30 minut, nam zajęło to dwie i pół godziny, ale warto było.

Po zwiedzeniu monastyru Davida Goreji wjechaliśmy głębiej w step, aby zobaczyć zupełnie opuszczone monastyry wykute w skałach. Tu mało kto dociera, a naprawdę warto. Freski na ścianach robią ogromne wrażenie i są lepiej zachowane niż w Vardzi. Aby się do nich dostać trzeba się trochę powspinać, ale atmosfera i widoki wszystko wynagradzają. Dalej jechaliśmy wzdłuż granicy z Azerbejdżanem, po drodze podziwiając ciekawy kanion, a następnie odbiliśmy w kierunku miejscowości Sighnaghi klucząc po bezkresnym stepie . Na koniec docieramy w okolice miejscowości Napareuli, niedaleko wylotu trasy w kierunku wioski Omalo. Na nocleg zatrzymujemy się nad rzeką, Marcin swoją osiemdziesiątką przytargał kilka drzew przyniesionych przez wiosenne roztopy, rozpalamy ognisko i odpoczywamy przy zimnym piwku.

Rano ruszamy zdobyć przełęcz o wysokości 2860m n.p.m. Chcemy na koniec dnia dotrzeć do Omalo i dalej do Dartlo, a może jeszcze dalej. Wszystko zależy od tego jak czas i głębokość brodów pozwoli. Droga mija przyjemnie, jest szeroka i niezbyt wyboista. Śmigają po niej marszrutki, kamazy i inne auta terenowe. Tu już widać, że jest to znana atrakcja turystyczna bo ruch jak w mieście. Docieramy do przełęczy bez pośpiechu, podziwiając niesamowite widoki i robiąc mnóstwo zdjęć. Upajamy się atmosferą naprawdę wysokich gór, aby po chwili jechać dalej. Tym razem w dół.
Zaraz po przekroczeniu przełęczy w naszym aucie coś zaczęło stukać. Zatrzymałem się, zerkam pod auto – no tak, standardowo gumy na drążku stabilizatora się rozłażą i będzie stukać. Nie jest to zbyt groźne więc spokojnie ruszamy dalej. Po paru zakrętach przestało stukać - pewnie gumy się ułożyły - więc i humor mi się polepszył. Po kilku kilometrach zatrzymałem auto aby zrobić kilka fotek malowniczej wieży. Wracając zerknąłem pod samochód i zamarłem. Łącznik stabilizatora się po prostu odkręcił i dyndał luźno i przy okazji rozpruł osłonę przegubu. Wszystko było w smarze.
No to teraz mamy problem.

Lewarek, klucze, zdjęte koło i szukanie pomysłu jak zabezpieczyć przegub. Padło na nieśmiertelnego „tejpa”. Obkleiliśmy uszkodzoną gumę grubą warstwą i pojechaliśmy dalej do Omalo. W Keselo jemy pyszną kolację z widokiem na słynne wieże, znajdujemy łąkę na nocleg i rozbijamy obozowisko. Niestety plan dotarcia do Dartlo ze względu na awarię trzeba będzie odłożyć na inne czasy.
Rano obklejam jeszcze raz osłonę przegubu i ruszamy w drogę powrotną. Niestety plan trzeba będzie skorygować i wpleść wizytę w serwisie. Jedziemy pierwsi zanim reszta ekipy zjadła śniadanie aby ich nadmiernie nie spowalniać. Wdrapujemy się pomalutku na przełęcz. Zjeżdżamy równie pomalutku w dół, koła na zakrętach obcierają o nadkola i buja autem jak statkiem na morzu – efekt braku łącznika stabilizatora. Na koniec docieramy do Napareuli gdzie postanawiamy zatrzymać się na noc. Śpimy w wypasionej winnicy z hotelem i restauracją. Hotel jak i jego właściciel bardzo sympatyczny. Jedzenie i wino pyszne, a przy kolacji mogliśmy posłuchać śpiewu tradycyjnych gruzińskich pieśni, gdyż przy stole obok odbywała się Supra. Tak siedzieliśmy do późnej nocy. Niesamowity klimat.
Rano ruszamy w kierunku Tbilisi. W Telavi w sklepie motoryzacyjnym kupuję osłonę przegubu i łącznik stabilizatora od jakiegoś busa. Po drugiej stronie drogi jest mechanik więc jedziemy tam, aby przerobić łącznik tak, aby pasował do naszej toyki.

Warsztat mimo niedzieli był otwarty. Panowie popatrzyli, pokłócili się, że się nie da, że trzeba kupić inny łącznik bo ten nie pasuje itp. aż przyszedł jeden majster, popatrzył, rozgonił towarzystwo, usiadł na zydelku i zrobił temat w 10 minut. Gdyby jeszcze wymienili osłonę przegubu – ale niestety nie było osoby, która by była w stanie to zrobić – jednak niedziela i nie wszyscy w pracy.
Mimo, iż nie było tego w planie musimy jechać do Tbilisi.
Znajdujemy hostel praktycznie w centrum miasta. W pobliskiej restauracji jemy kolację i ruszamy na zwiedzanie centrum po zmroku. Tbilisi nocą jest piękne i bardzo gwarne.
Jemy prawdziwe gruzińskie śniadanie. Kebaby, frytki, sery itd. i ruszamy do serwisu Toyoty.
Wymiana obydwu osłon po lewej stronie w Toyota Center Tbilisi trwała 30 minut!!! Koszt robocizny i oryginalnych części to ok. 500zł. Mało nie jest, ale możliwość spokojnej dalszej jazdy bezcenna.

Po naprawie naszego autka ruszamy na „drogę wojenną”. Zaliczamy punkt widokowy i ciśniemy w kierunku góry Kazbek. Po drodze spotykamy dwóch zakręconych Szwedów jadących Oplem Kadetem z 1971r wyposażonym w wyciągarkę od quada jadących do Mongolii. Na nocleg docieramy w okolice świątyni Camenda Saminda. Resztę wieczoru spędzamy na podziwianiu ośnieżonego szczytu góry Kazbek w świetle zachodzącego słońca, a potem wschodzącego księżyca – widoki cudne.
Zwijamy majdan i już mamy ruszać zwiedzać świątynię, ale najpierw zerkam pod samochód sprawdzić czy wszystko jest o.k.. No i niestety nie było. Naprawiony łącznik stabilizatora się tym razem urwał i groziła nam powtórka z uszkodzeniem osłony przegubu. Dziewczyny z dziećmi poszły zwiedzać świątynię, a my zabraliśmy się za odkręcanie pozostałości łącznika.

Dalsza droga odbywała się już bez tej części – trochę bardziej buja ale da się jechać.
Na dziś w planie był dojazd do Ushguli i Mestii. Niestety konieczność wizyty w serwisie pokrzyżowała plan i trzeba było go zmienić. Stwierdziliśmy, że czasu starczy aby jeszcze coś zobaczyć tylko wówczas, jeśli będzie to po drodze do Batumi. Padło na Park Narodowy Borjomi i przełęcz Zekari 2180mnpm. Było już dosyć późno więc postanowiliśmy podjechać jeszcze trochę, przenocować i przełęcz zdobyć następnego dnia. Tak też zrobiliśmy. Nocleg udało się znaleźć nad rzeką w okolicy miejscowości Kveda Tseva.

Przejeżdżamy bardzo malowniczy Park Narodowy Borjomi. Kolejne pasmo gór powyżej 2000 m n.p.m. z atrakcjami, w postaci przemieszczających się między autami chmur.
Widoki bajkowe i zero ludzi – miła odmiana po trasie do Omalo. Takie miejsca o wiele bardziej mi odpowiadają. Nie trzeba się śpieszyć, można zatrzymać się wszędzie i w spokoju chłonąć atmosferę dzikich gór.

Zjeżdżamy w dół i tu mała niespodzianka w postaci szlabanu i strażnika parku.
Na szczęście pobierał tylko opłatę za wjazd. Kolega podjechał pierwszy. Strażnik pyta: Numer rejestracyjny i nazwisko. Kolega odpowiedział (miał proste nazwisko). Pada kolejne pytanie – A te auta z wami? Z nami - odpowiedział Tomek. A nazwisko następnego? Kolega podał moje nazwisko (moje nie jest już takie proste). Jak?? - zapytał strażnik. Kolega powtórzył jeszcze raz. Strażnik nijak nie wiedział jak to zapisać i stwierdził: „dobra adno auto” i puścił nas wszystkich. Na dziś została jeszcze tylko przełęcz Goderdzi i ok. pierwszej w nocy docieramy do Batumi. Nocujemy tak jak ostatnio na plaży.
Rano kąpiel w morzu i ruszamy do domu. Czas żegnać gościnną Gruzję. Przedzieramy się przez przejście graniczne. Zerkamy na bazar po stronie tureckiej i pakujemy się na drogę szybkiego ruchu obierając kierunek DOM. Po kilku kilometrach senną atmosferę przerywa odpadające koło od Marcinowej Toyoty. Szybka akcja z łapaniem pędzącego koła, ponownym założeniem, poskładaniem gratów i czas szukać mechanika. Niestety dwie szpilki ścięte, lekko pokancerowana osłona tarczy hamulcowej i sama tarcza – trzeba to naprawić bo do domu jeszcze daleko. Znajdujemy prawdziwe zagłębie warsztatów i sklepów z częściami do chyba każdego auta terenowego na świecie w miejscowości Ardesen. W jednym z nich Marcinowa Toyota dostała nowe szpilki i mogliśmy bezpiecznie jechać dalej. Choć kilkanaście kilometrów dalej, sprawdzając czy wszystko jest z kołem ok Marcin zauważył brak zabezpieczenia na piaście. Tu z pomocą przyszedł drut spinający osłonę na urwanym łączniku stabilizatora, który postanowiłem zabrać ze sobą. Noc spędzamy w motelu przy stacji benzynowej w okolicy miasta Terme.

Jedziemy dalej. Droga w miarę idzie, ale sielanka kończy się na przedmieściach Stambułu.
Koniec sielanki był początkiem potężnego korka, który ciągnie się przez całą obwodnicę tego ogromnego miasta.
I tak korki do bramek na autostradzie, korki na granicach, korek pod Budapesztem itd. Itd.


Do domu docieramy w poniedziałek ok. 13:00.
Piekielnie zmęczeni ale zadowoleni.
Przejechaliśmy ok. 9500km, zrobiliśmy ponad 1300 zdjęć i wróciliśmy w przekonaniu, że do Gruzji jeszcze przyjedziemy bo naprawdę warto.


Do zobaczenia na trasie.
Ewa i Daniel

Gruzja 2014 - wyprawa offroad komentarze opinie

  • Waldek 2015-01-14 09:19:51

    Super, gratulacje :) 9500km pokonaliście w jakim czasie ? Jakie spalanie samochodu i ile paliwa pożarł :) Wiadomo dojazdów-ka szosowa inaczej w górach inaczej ? Pytam gdyż od dwóch lat marzy mi się wyjazd w tamtym kierunku ale..... jakoś odwagi brak ;) Do miłego na trasie :)

Dodajesz jako: Zaloguj się